poniedziałek, 12 października 2009

Dawno nie pisaliśmy i kajamy się za to :)

Za nami Święto Środka Jesieni. Odbywa się ono według kalendarza księżycowego. W noc gdy Księżyc jest w pełni Chińczycy siadają do uroczystej kolacji, patrzą na Księżyc, myślą o swoich bliskich, którzy nie mogą być z nimi i jedzą tradycyjne ciasteczka księżycowe. Poprzez patrzenie na Księżyc i jedzenie ciastek, bliscy z różnych zakątków Chin lub nawet Świata łączą się ze sobą. Niestety nikt nas nie zaprosił na takie świętowanie więc nie znamy szczegółów, wiemy tylko tyle co nam mówili nauczyciele.

Mimo, że nie bardzo wiedzieliśmy jak świętować to kupiliśmy sobie na spróbowanie dwa ciasteczka księżycowe (które widać poniżej) i łączyliśmy się z Wami poprzez patrzenie na Księżyc :) Szkoda, że u Was akurat wtedy był dzień :P, więc chyba trochę tego Chińczycy nie dopracowali ;). W każdym razie okazuje się, że idea Święta Środka Jesieni ma bardzo dobre zastosowanie u obcokrajowców, którzy przecież strasznie tęsknią za swoimi domami.



Jeśli chodzi o ciasteczka, to my próbowaliśmy takich ze słodkim nadzieniem (jedno było z melonowym, drugie o niezidentyfikowanym smaku, ale wiadomo że miało takie ususzone słodkie żółtko jajka w sobie), ale jest ich mas różnych rodzajów. Dzielą się na słodkie, słone i lodowe (te lodowe to oczywiście najnowocześniejszy wynalazek, niestety tylko o nich słyszeliśmy, nie próbowaliśmy). Nam osobiście dosyć smakowały, ale bez przesady (Tadeuszowi bardziej niż mi). Dziwi nas jednak całe szaleństwo związane z tymi ciasteczkami. Jedzenie w Chinach jest bardzo tanie, jednak ciasteczka księżycowe są chyba poza ramami tej zasady. Jedna sztuka to około 9 yuanów (są też tańsze, tyle że mniejsze, ale są również o wiele droższe). My kupiliśmy dwa na spróbowanie, więc w sumie ciasteczka nie nadwyrężyły naszego portfela, ale słyszeliśmy, że Chińczycy kupują je masami, w takich ładnych opakowaniach. Kolega z mojej grupy (Argentyńczyk) mówił mi, że gdy Chińczycy chcą się komuś za coś odwdzięczyć lub czują się wobec kogoś zobowiązani, to kupują mu takie prezenty. Jemu jakaś Chinka chciała wręczyć opakowanie ciasteczek księżycowych warte 600 yuanów (czyli prawie 300 złotych). Wygląda na to, że Chińczycy cały rok tak ciężko pracują bez wytchnienia, aby wszystko wydać na ciasteczka księżycowe :). Ale tradycja to tradycja.

Ostatecznie Świąt jakoś za bardzo nie odczuliśmy i nasza wiedza z nimi związana opiera się bardziej na zasłyszeniach niż na bezpośrednim doświadczeniu. W sumie jest to normalne, Chińczycy w Polsce pewnie też nie zauważają nic szczególnego podczas Świąt Bożego Narodzenia, bo przecież każda rodzina świętuje w swoim domu.

Oprócz Święta Środka Jesieni było też Święto Narodowe (rocznica powstanie Republiki Ludowej) i przez cały tydzień codziennie słychać było fajerwerki. Ale tylko słuchać, bo Chińczycy nie stosują takich fajerwerków, które rozpryskują się na niebie (chyba tylko na większych uroczystościach).

Podczas dni wolnych od zajęć znaleźliśmy czas (!! wiemy, ze to dziwnie brzmi) na spacer. Nad rzeką i obok ruin murów miasta znaleźliśmy ciekawą promenadę:







Poza tym odnaleźliśmy Mały Murek Chiński. Siostrzeniec Tadeusza, Raduś, gdy zobaczył zdjęcia Wielkiego Muru, bardzo się zafascynował i zlecił nam poszukanie również Małego Murku. Oto on:


czwartek, 1 października 2009

Wieczorny spacer

Wczoraj wieczorem udaliśmy się na spacer w okolice Świątyni Konfucjusza. Piszę „okolice”, gdyż nawet jak już dotarliśmy do miejsca gdzie znajduje się Świątynia, nie mogliśmy jej odnaleźć w tym zgiełku. Najpierw szliśmy około 15 minut deptakiem z markowymi sklepami oraz stoiskami z jedzeniem. W końcu dotarliśmy do głównego placu nad kanałem. Wszystko było oświetlone milionami kolorowych świateł. Odbyliśmy bardzo przyjemny spacer po placu, nad kanałem, mijaliśmy restauracje, kawiarenki, sklepy…. ale wciąż nie wiedzieliśmy gdzie jest świątynia. W końcu ją znaleźliśmy, ale istotne jest to, że w Chinach wokoło zabytków tworzą zawsze jakieś wielkie jarmarki, centra handlowe, budują się zagraniczne restauracje. Dla nas był to po prostu spacer, więc nam to nie przeszkadzało, ale ktoś, kto przychodzi do Świątyni, żeby zapalić trociczki i pomodlić się za przodków (bo takie są zwyczaje w świątyniach konfucjańskich), może czuć się przytłoczony atmosferą panującą wokoło.







Na zdjęciu poniżej widać jak zajadam jakiś przysmak o niezidentyfikowanej nazwie. Smakowało jak pigwy polane masą cukierkową (czyli słodko-kwaśne).



Kolejne zdjęcie wykonaliśmy w sklepie z czajniczkami do herbaty. Są prześliczne, ale niestety tylko oglądaliśmy :P. Ceny różne – od 65 yuanów do nawet 7000 (za jeden czajniczek)! Te na zdjęciu należały do najdroższych.

poniedziałek, 28 września 2009

Dziś na zajęciach uczyliśmy się malować lotosy...

Tadeusz nie zważał na żadne zasady, które pokazywała nauczycielka. Nawet dodał od siebie ptaszka w rogu (trzeba przyznać, że jest idealny, więc zamieszczamy również zbliżenie :P). Nauczycielka widząc pracę, stwierdziła, że jest specyficzna :).



Moją pracę nauczycielka uznała za wzorcową i pochwaliła, pokazując reszcie grupy. Trochę nas to zdziwiło, bo najbardziej nam się podobała praca pewnego Wietnamczyka, który wprowadził od siebie trochę abstrakcji w tę kompozycję. Najwyraźniej Chińczycy nie gustują w luźnych formach.



Zbliża się Święto Środka Jesieni połączone z chińskim Świętem Narodowym. W tym roku święta te się nakładają tego samego dnia, gdyż Święto Środka Jesieni jest ruchome (odbywa się według kalendarza księżycowego), a Święto Narodowe jest zawsze 1 października. Jeszcze dokładnie nie wiemy jakie są tu zwyczaje dotyczące tych świąt, ale z przyjemnością doniesiemy, gdy zobaczymy to na własne oczy.

sobota, 26 września 2009

Prosimy nie robić kupy. Dziękujemy za współpracę

Ciekawym zjawiskiem w Chinach są dzieci biegające z gołymi pupami wszędzie. Wygląda na to, że Chińczycy nie stosują pampersów, ani żadnych innych pieluch. Stworzono natomiast specjalne spodnie dla dzieci, które mają dość dużą dziurę na pupie, jak i w przedniej części :) (są to właściwie same nogawki złączone na górze). Dzięki temu dziecko może w każdej chwili na ulicy zrobić, co mu się tylko podoba ;). Najciekawsze jest przewożenie dzieci w autobusie. Byliśmy raz świadkami, jak dziecku się zachciało kupki w autobusie, więc mama wyciągnęła zza pazuchy ścierkę, którą przykryła pupę dziecka. Nie oszczędziło nam to jednak wrażeń… zapachowych ;p. Inne zdarzenie, dotyczące sikających dzieci i dziwnych chińskich zwyczajów widzieliśmy w McDonaldzie. Dziecko chciało siusiu więc dziadek wziął je na zewnątrz i przytrzymał nad koszem na ulicy, gdzie zrobiło co miało do zrobienia. A przecież każdy McDonald jest zaopatrzony w ubikację!

Właściwie na każdym kroku można spotkać podobne sytuacje. Chińczycy mają pod nosem ubikację i z niej nie korzystają, mają drzwi w ubikacji i ich nie zamykają. Raz byłam w damskiej ubikacji, gdzie było bardzo dużo kobiet czekających na swoją kolej. Oczywiście w całym tym czekaniu nie było za krzty logiki, każda Chinka walczyła o swoją kolej jak lwica. Ogólnie, aby dotrzeć w końcu do kabiny, trzeba było sterczeć przed samymi jej drzwiami. Niestety większość Chinek nie korzysta z takiej dobroci jaką są drzwi w ubikacji, więc aby wywalczyć swoją kolej trzeba było sterczeć dosłownie zaraz koło wydalającej Chinki. W takich sytuacjach od razu odechciewa się siku.

A jak już o kupce mowa, to dopowiedzieć można jeszcze coś o samych toaletach. Oczywiście te azjatyckie są w większości w rodzaju „dziura w podłodze” – nawet w pociągach. Jakoś się to spłukuje, ale nie zawsze, bo nie wszędzie jest kanalizacja, czyli na przykład na szlakach górskich (to co zobaczyliśmy w jednej z toalet pod Murskim Chinkiem pozbawia możliwości opisania tego!). A tam, gdzie jest kanalizacja, to nie zawsze działa właściwie, jak by nie była dostosowana do wymagań urządzeń typu Water Closet i często się zapychają. W różnych miejscach różnie sobie z tym problemem radzą. Na przykład w jednym z hosteli zauważyliśmy w toalecie napis informujący o „zakazie wrzucania papieru toaletowego do toalety” (!). Z kolei jeden z naszych ulubionych barów, który posiada toaletę (jest to prawdziwa rzadkość!) wywiesił tabliczkę, którą można by przetłumaczyć następująco: „Prosimy nie robić kupy. Dziękujemy za współpracę”.

wtorek, 22 września 2009

Sztuka i jedzenie

Wczoraj wreszcie udało mi się dokończyć jakiś malunek na zajęciach plastycznych. Jest to ciężkie zadanie, gdyż co lekcję dochodzą nowe osoby, które nie dość, że nie wiedzą jak malować, to nigdy nie widziały chińskiego malarstwa i trzeba im wszystko od początku tłumaczyć. Przez nich reszta grupy stoi w miejscu. Ale trochę zmobilizowałam nauczycielkę do działania na dwa fronty. Powiedziałam, że przecież te liście bambusa nie mogą wisieć w powietrzu i żeby mi powiedziała co mam z nimi zrobić :). Rezultat poniżej:



Poza zajęciami, to dziś pierwszy raz od miesiąca zjedliśmy zwykłe (dla nas w chwili obecnej niezwykłe) kanapki. Pewna Słowenka zdradziła nam gdzie można kupić nawet niezłe buły i udaliśmy się tam dzisiaj. Do wyboru były ciabatty, małe bagietki i różne inne bułki. Wszystkie po 3 yuany. Do tego kupiliśmy sałatę (tutaj są takie malutkie, jedna ma zaledwie kilka listków), pomidory i ogórki (wyglądające jak połączenie długich ogórków z gruntowymi – miały chropowatą skórkę) i jakąś gumiastą wędlinę. No i ketchup w takich małych saszetkach (co by się nam nie popsuł). Po drodze kilo śliny się za nami ciągnęło. Jak dotarliśmy do akademika, to nawet butów nie zdążyliśmy zdjąć, tylko od razu zabraliśmy się za robienie kanapek. Były przepyszne. Nigdy nie przepadałam za pieczywem i w sumie miałam dość codziennego jedzenia kanapek (z braku przerw na lunch), a tu się okazuje, że człowiek miesiąc nie miał chleba w ustach i już mu źle :).

Co do przerw na lunch, to trzeba Chiny pochwalić, że upodobniły się w tej kwestii do Zachodu (Polsce jeszcze do tego bardzo daleko). Od 11.30 – 14.00 większość instytucji ma przerwę na lunch, a po 14.00 większość barów ma około dwugodzinną przerwę. Dzięki temu, człowiek nie czuje się taki zmęczony po dniu szkoły czy pracy. Co prawda to o wiele wydłuża dzień zajęć, ale za to nie trzeba biegać z kanapką w ręku do ubikacji lub parzyć języka gorącą potrawą żeby zdążyć w pięciominutowej przerwie miedzy zajęciami.

My ciągle o tym jedzeniu... :P Ale już niedługo o efektach jedzenia...

niedziela, 20 września 2009

Powolne poruszanie się po mieście ;)

Z lekkim zaczerwienieniem na twarzy, musimy przyznać, że mimo, że jesteśmy w Nankinie już ponad dwa tygodnie, to wciąż nie widzieliśmy tak naprawdę miasta. Na początku byliśmy zmęczeni trzytygodniową podróżą przez Chiny i chcieliśmy odpocząć, a teraz najzwyklej brakuje nam czasu. Nasze zajęcia są w większości przypadków bardzo wymagające i zajmują sporo czasu (również zadania domowe).

Wczoraj jednak pojechaliśmy na dworzec kolejowy (zbliża się wielkie święto chińskie, a co za tym idzie tydzień wolnego, więc szykujemy się do małej przejażdżki), która przerodziła się w przyjemny spacer. Kto by pomyślał, że zaraz przed wejściem na dworzec będzie jezioro. Bardzo ciekawe rozwiązanie urbanistyczne. Wychodzi się z dworca po ciężkiej podróży i zamiast syfiastej, zatłoczonej ulicy, napotyka się jezioro. Akurat jak tam byliśmy, był zachód słońca, który jeszcze bardziej uprzyjemnił spacer. Oto kilka zdjęć ze spaceru:




Jesteśmy jeszcze winni opis naszych pierwszych zajęć z Taiji, które odbyły się w piątek(dla niewtajemniczonych jest to chińska gimnastyka medytacyjna, polegająca na wykonywaniu baaardzo woooolnych ruchów). Mimo, że prawie wszystkie grupy mają te zajęcia w planie, to oprócz nas pojawiły się tylko cztery Muzułmanki z Algierii i jeden Murzyn. Najciekawsze było pojawienie się tych Algierek. Na zajęcia ,jakby nie patrzeć, o charakterze sportowym, przyszły w pantofelkach na małych obcasikach i obcisłych płaszczykach do kolan. Nauczyciel, który przyszedł ubrany w żółty, jedwabny specjalny strój do Taiji był nieco zaskoczony widokiem tych beztroskich dziewcząt :). Wszyscy natomiast byli zaskoczeni tym, że nauczyciel który ma nas uczyć bardzo szczegółowo skomplikowanych ruchów Taiji, a nie mówi po angielsku. Jako, że wszyscy obecni na zajęciach uczą się chińskiego zaledwie od dwóch tygodni, to ja robiłam za tłumacza.

Lekcja była bardzo przyjemna, nauczyliśmy się dwóch ruchów. Ciężko jednak je potem zapamiętać, jak po zajęciach próbowaliśmy je ćwiczyć, to nie zawsze wychodziło. Wydaje się, że takie wolne poruszanie się to żaden sport, ale wierzcie, że po Taiji można mieć niezłe zakwasy. Przez to, że ruchy wykonuje się baaardzo wolno, mięśnie są cały czas mocno napięte.

Podczas zajęć Algierki ponownie zaskoczyły nauczyciela, bo bardzo szybko się męczyły i nie dawały rady dłużej ćwiczyć. Wytłumaczyłam mu jednak, że obecnie odbywa się Ramadan i dziewczyny od świtu nic nie jadły (i nie piły! – to już przesada). Dziś już jest chyba koniec Ramadanu, bo od rana pełno Murzynów i kilku Arabów gromadziło się na balkonie z siatkami z jedzeniem –na koniec Ramadanu, mają wielką ucztę, więc to zapewne jest to, co się tu właśnie dzieje.

Taiji ma podobno niezwykle korzystny wpływ na zdrowie człowieka. Zobaczymy jak to się sprawdzi w odniesieniu do mojego wiecznego kaszlu i kataru :P.

środa, 16 września 2009

Nie samym ryżem Chińczyk żyje...

Jeśli już jesteśmy przy kulinariach, to chcielibyśmy skorygować pierwsze kulinarne skojarzenie z Chinami, czyli ryż. Jest on oczywiście wszechobecny i tani (miska ryżu kosztuje 1-2 yuanów w zależności od miasta i knajpy), ale nie jest to jedyny popularny „dopychacz”. Równie ważny w kuchni chińskiej jest makaron. Często nawet micha makaronu jest o wiele tańsza niż danie z ryżem, ale jest to zapewne spowodowane dodatkami.

Makaron w większości restauracji, a nawet zwykłych barów jest wykonywany zaraz przed ugotowaniem, na oczach klientów. Jest to bardzo ciekawy proces, dla nas wręcz magiczny. Gdy kucharze mają już ciasto ugniecione (oprócz typowego ruchu ugniatania stosuje się tu „bicie ciasta” – formuje się coś na kształt huśtawki i dolna jej część jest uderzana o blat) , rozciągają je rękami, po czym palcami odrywają RÓWNIUTKIE, cieniutkie paski makaronowe, które wrzucają prosto do wrzącej wody! Znając z doświadczenia przygody z niesfornym ciastem na pierogi czy kopytka, można by pomyśleć, że chińskie wyrabianie makaronu to jakaś magia. Być może sekret tkwi w jakości ciasta, być może to ich niezwykłe zdolności manualne, tak czy siak, dla nas widok ten jest niewiarygodny.
Do takiego dania makaronowego można dodać wiele rzeczy. Podczas naszych podróży nie spotkaliśmy dwóch takich samych, ale zasadniczo makaron jest zalewany jakimś wywarem mięsnym, z dodatkiem warzyw i przypraw przeróżnych, czasem bardzo ostrych. Efekt często jest bardzo ciekawy, a cena takiej przyjemności waha się między 3 a 5 yuanów. To o wiele taniej niż danie ryżowe. Co prawda sam ryż kosztuje 1 lub 2 yuany, ale do niego kupuje się dodatki. Często jest to jajecznica z jakimś rodzajem warzywa, np. pomidory, kapustą, czasem same warzywa smażone z sosem lub z dodatkiem tofu, rzadziej pojawia się mięso (bo jest w Chinach bardzo drogie), a jeśli już to na całe danie przydzielone są trzy małe kostki mięska :). Wydaje się, że jajecznica z pomidorami średnio pasuje do ryżu, ale o dziwo jest to nasze ulubione danie. W ogóle Chińczycy wszędzie wrzucają jajecznicę, nawet do wcześniej wspomnianych zup makaronowych. Takie danie do ryżu można kupić od 5 yuanów wzwyż (w Pekinie oczywiście wszystko o 1 lub 2 yuany drożej), więc w sumie z ryżem zaczyna się od 6 yuanów. Wychodzi na to, że ryż wcale nie jest najtańszą opcją w Chinach :), a na pewno nie jedyną jak to jest przedstawiane na Zachodzie.

To, co opisujemy, to realia zwykłych barów ulicznych. Są oczywiście również droższe restauracje, do których nie chodzimy na co dzień, ale mieliśmy okazję dwukrotnie w nich zjeść. Na sali restauracyjnej są dość duże, okrągłe stoły, z miejscem na około 10 osób. Na stole zamiast obrusu jest dyskretna cerata, na samym środku stoi okrągła, okręcana podstawka. Na niej układane są różne dania typu „dodatki do ryżu” czyli: smażone warzywa, warzywa z mięsem (w restauracjach już na talerzu leży więcej mięsa, ale też bez przesady), grzyby mun, tofu. Każdy ma przy sobie swoją miskę ryżu i nakłada sobie po trochu z różnych talerzy, które stoją na ruchomej podstawce na środku. Ten sposób jedzenia ma w sobie coś z polowania, trzeba walczyć o najlepsze kąski z przeciwnikami po drugiej stronie stołu (my walczyliśmy z Niemcami :P). W rezultacie cały stół jest ochlapany (stąd ta cerata), bo znaczące ruchy dzieją się w powietrzu, na dodatek niezwykle niestabilnym narzędziem jakim są pałeczki :P. My jedliśmy w ten sposób w większej grupie i akurat jak byliśmy w restauracjach to wszyscy dookoła tak jedli. Nie wiemy jednak jak to jest, jeśli tylko dwie osoby chcą zjeść razem posiłek.