sobota, 17 października 2009

W zaczarowanych ogrodach

Ostatnio spędziliśmy dwa dni w „pobliskim” (około 200 km od Nankinu) mieście Suzhou – „chińskiej Wenecji”. Opowiemy Wam o tym mieście w dwóch częściach. Ale już teraz możemy zdradzić, że jest to najładniejsze miasto chińskie w jakim byliśmy.

Suzhou słynie przede wszystkich z dużej ilości ogrodów w tzw. chińskim stylu południowym. Tradycyjne ogrody chińskie dzielą się na północne i południowe. Te pierwsze charakteryzują się wielkimi przestrzeniami zarówno zieleni jak i wody. Te drugie, czyli te z Suzhou były projektowane na bardzo małych przestrzeniach. Jednak te małe przestrzenie zostały tak podzielone, wykreowane, że spacerując po ogrodzie wcale nie ma się wrażenia, że jest mały. Wręcz przeciwnie, przez to, że nie ma głównej ścieżki, tylko z różnych stron zapraszają do siebie nisze i zakątki, to ma się wrażenie, że omija się wiele miejsc. Najważniejszym założeniem dotyczącym ogrodów południowych jest dzielenie przestrzeni, które dąży do stworzenia wrażenia wielkości. Ogrody są dzielone pawilonami, ścianami, skałami. Ponadto, większość „przedziałek” posiada bardzo charakterystyczne okienka lub przejścia w różnych kształtach (najlepiej widać to na zdjęciach), dzięki czemu przestrzeń wydaje się jeszcze większa. Oprócz powyższych cech, najczęściej ogrody te mają małe stawy. W rezultacie ogrody te są niezwykle iluzoryczne i tajemnicze.

Mieliśmy mało czasu, więc odwiedziliśmy tylko dwa ogrody (w Suzhou jest ich kilkanaście znanych, wliczając mniejsze, to pewnie o wiele więcej). Wybraliśmy takie mniej komercyjne. Pierwszy z nich to „Ogród Pary”. Znalezienie go stanowiło nie lada wyzwanie, bo mieszkańcy najpierw nakierowali nas na wąską uliczkę będącą w ruinie. Wyglądało to dość podejrzanie, jakby chcieli nas nabrać. Na dodatek, po kilkunastu minutach szukania znów zapytaliśmy o drogę i zostaliśmy skierowani z powrotem na główną drogę. I tak w kółko. Pytaliśmy kilka osób i często polecane kierunki był całkiem sprzeczne ze sobą. Ale w końcu udało się, chyba tylko dzięki naszej wytrwałości, bo widzieliśmy innych turystów jak rezygnują. Ogród bardzo nam się spodobał. Jednak był to pierwszy ogród jaki odwiedziliśmy, więc nie było porównania. Najlepsze czekało nas dopiero następnego dnia….
Oto kilka zdjęć z „Ogrodu Pary”:








I jeszcze jedna fotka, baijiu [czyt. bajdzioł – chińska wódka] dla tego, kto zgadnie, co się z nią stało ;)



Kolejnego dnia, z samego rana poszliśmy do ogrodu „Pawilon Lazurowej Fali”. Znajduje się on nad kanałem, więc już przed wejściem byliśmy zauroczeni tym miejscem. Ciężko stwierdzić czemu ten ogród podobał nam się bardziej od „Ogrodu Pary”, bo jako, że założenia ogrodowe są ściśle ustalone, to wszystkie są w jakiś sposób do siebie podobne. Ważny jest jednak również sposób zastosowania tych zasad na tak małej przestrzeni, więc zapewne to zadecydowało o naszym wielkim upodobaniu tego ogrodu. Tak nam się tam podobało, że dopiero głód nas z niego wygonił. Ogrody te zapewniają nie tylko wiele wrażeń podczas wędrówki, ale również odpoczynek od „świata zewnętrznego”. Chiny są bardzo chaotycznym miejscem, gdzie ciężko znaleźć chwilę spokoju, wyciszenia czy prywatności. Mimo, że te ogrody są miejscami turystycznymi, to jeśli wybierze się odpowiedni czas (najlepiej wczesny ranek) i mało znany ogród, to można dobrze odpocząć.
Oto „Pawilon Lazurowej Fali”:









Już niedługo dalsza opowieść o Suzhou...

poniedziałek, 12 października 2009

Dawno nie pisaliśmy i kajamy się za to :)

Za nami Święto Środka Jesieni. Odbywa się ono według kalendarza księżycowego. W noc gdy Księżyc jest w pełni Chińczycy siadają do uroczystej kolacji, patrzą na Księżyc, myślą o swoich bliskich, którzy nie mogą być z nimi i jedzą tradycyjne ciasteczka księżycowe. Poprzez patrzenie na Księżyc i jedzenie ciastek, bliscy z różnych zakątków Chin lub nawet Świata łączą się ze sobą. Niestety nikt nas nie zaprosił na takie świętowanie więc nie znamy szczegółów, wiemy tylko tyle co nam mówili nauczyciele.

Mimo, że nie bardzo wiedzieliśmy jak świętować to kupiliśmy sobie na spróbowanie dwa ciasteczka księżycowe (które widać poniżej) i łączyliśmy się z Wami poprzez patrzenie na Księżyc :) Szkoda, że u Was akurat wtedy był dzień :P, więc chyba trochę tego Chińczycy nie dopracowali ;). W każdym razie okazuje się, że idea Święta Środka Jesieni ma bardzo dobre zastosowanie u obcokrajowców, którzy przecież strasznie tęsknią za swoimi domami.



Jeśli chodzi o ciasteczka, to my próbowaliśmy takich ze słodkim nadzieniem (jedno było z melonowym, drugie o niezidentyfikowanym smaku, ale wiadomo że miało takie ususzone słodkie żółtko jajka w sobie), ale jest ich mas różnych rodzajów. Dzielą się na słodkie, słone i lodowe (te lodowe to oczywiście najnowocześniejszy wynalazek, niestety tylko o nich słyszeliśmy, nie próbowaliśmy). Nam osobiście dosyć smakowały, ale bez przesady (Tadeuszowi bardziej niż mi). Dziwi nas jednak całe szaleństwo związane z tymi ciasteczkami. Jedzenie w Chinach jest bardzo tanie, jednak ciasteczka księżycowe są chyba poza ramami tej zasady. Jedna sztuka to około 9 yuanów (są też tańsze, tyle że mniejsze, ale są również o wiele droższe). My kupiliśmy dwa na spróbowanie, więc w sumie ciasteczka nie nadwyrężyły naszego portfela, ale słyszeliśmy, że Chińczycy kupują je masami, w takich ładnych opakowaniach. Kolega z mojej grupy (Argentyńczyk) mówił mi, że gdy Chińczycy chcą się komuś za coś odwdzięczyć lub czują się wobec kogoś zobowiązani, to kupują mu takie prezenty. Jemu jakaś Chinka chciała wręczyć opakowanie ciasteczek księżycowych warte 600 yuanów (czyli prawie 300 złotych). Wygląda na to, że Chińczycy cały rok tak ciężko pracują bez wytchnienia, aby wszystko wydać na ciasteczka księżycowe :). Ale tradycja to tradycja.

Ostatecznie Świąt jakoś za bardzo nie odczuliśmy i nasza wiedza z nimi związana opiera się bardziej na zasłyszeniach niż na bezpośrednim doświadczeniu. W sumie jest to normalne, Chińczycy w Polsce pewnie też nie zauważają nic szczególnego podczas Świąt Bożego Narodzenia, bo przecież każda rodzina świętuje w swoim domu.

Oprócz Święta Środka Jesieni było też Święto Narodowe (rocznica powstanie Republiki Ludowej) i przez cały tydzień codziennie słychać było fajerwerki. Ale tylko słuchać, bo Chińczycy nie stosują takich fajerwerków, które rozpryskują się na niebie (chyba tylko na większych uroczystościach).

Podczas dni wolnych od zajęć znaleźliśmy czas (!! wiemy, ze to dziwnie brzmi) na spacer. Nad rzeką i obok ruin murów miasta znaleźliśmy ciekawą promenadę:







Poza tym odnaleźliśmy Mały Murek Chiński. Siostrzeniec Tadeusza, Raduś, gdy zobaczył zdjęcia Wielkiego Muru, bardzo się zafascynował i zlecił nam poszukanie również Małego Murku. Oto on:


czwartek, 1 października 2009

Wieczorny spacer

Wczoraj wieczorem udaliśmy się na spacer w okolice Świątyni Konfucjusza. Piszę „okolice”, gdyż nawet jak już dotarliśmy do miejsca gdzie znajduje się Świątynia, nie mogliśmy jej odnaleźć w tym zgiełku. Najpierw szliśmy około 15 minut deptakiem z markowymi sklepami oraz stoiskami z jedzeniem. W końcu dotarliśmy do głównego placu nad kanałem. Wszystko było oświetlone milionami kolorowych świateł. Odbyliśmy bardzo przyjemny spacer po placu, nad kanałem, mijaliśmy restauracje, kawiarenki, sklepy…. ale wciąż nie wiedzieliśmy gdzie jest świątynia. W końcu ją znaleźliśmy, ale istotne jest to, że w Chinach wokoło zabytków tworzą zawsze jakieś wielkie jarmarki, centra handlowe, budują się zagraniczne restauracje. Dla nas był to po prostu spacer, więc nam to nie przeszkadzało, ale ktoś, kto przychodzi do Świątyni, żeby zapalić trociczki i pomodlić się za przodków (bo takie są zwyczaje w świątyniach konfucjańskich), może czuć się przytłoczony atmosferą panującą wokoło.







Na zdjęciu poniżej widać jak zajadam jakiś przysmak o niezidentyfikowanej nazwie. Smakowało jak pigwy polane masą cukierkową (czyli słodko-kwaśne).



Kolejne zdjęcie wykonaliśmy w sklepie z czajniczkami do herbaty. Są prześliczne, ale niestety tylko oglądaliśmy :P. Ceny różne – od 65 yuanów do nawet 7000 (za jeden czajniczek)! Te na zdjęciu należały do najdroższych.